Przeglądana kategoria

prawa autorskie

nowe technologie prawa autorskie

Czy prawo własności intelektualnej jest gotowe na NFT?

29 kwietnia 2021

Czym jest NFT?

Od pewnego czasu coraz częściej można usłyszeć o NFT i krypto-sztuce, które podbijają Internet. Jednak jaki związek mają one z prawem własności intelektualnej? NFT, czyli „non-fungible token” to niewymienny token który jest wykorzystywany jako cyfrowy certyfikat zaświadczający, że coś co kupiliśmy, jest nasze. Podobnie jak krypto-waluty działa on na podstawie technologii blockchain, dzięki której potwierdzona jest własność i autentyczność.  Jednak, w odróżnieniu od krypto-walut każdy NFT jest unikalny (nie ma odpowiednika).

Jak wykorzystuje się NFT?

NFT jest używane głównie do zakupu tzw. krypto-sztuki, która jest udostępniana na różnych platformach. Nie ma żadnych ograniczeń co do ‘przedmiotu’ który może być sprzedany jako NFT. Zazwyczaj są to grafiki, krótkie wideo, obrazy, utwory muzyczne czy inne cyfrowe przedmioty kolekcjonerskie. W marcu 2021 r. w ten sposób, za prawie 3 miliony dolarów, został sprzedany pierwszy tweet wysłany przez współzałożyciela Twittera – Jacka Dorseya. Pokazuje to skalę najnowszego trendu i kwoty jakie mogą być osiągane poprzez sprzedaż tokenów.

Co dokładnie kupujemy?

Istnieje przekonanie, iż kupując NFT nabywamy też prawa autorskie do danego utworu osadzonego w NFT. W rzeczywistości nie jest to jednak tak oczywiste. NFT nie jest (jeszcze?) prawnie uregulowane, a zakup tokenu niekoniecznie oznacza otrzymanie praw własności do oryginalnego dzieła. Z perspektywy praw autorskich NFT jest raczej certyfikatem czy rachunkiem zakupu. Oznacza to, że nabywca tweeta Jacka Dorseya nie posiada praw autorskich tego tekstu, a jedynie jego elektronicznie kopię. Czyli co do zasady przy sprzedaży NFT nie dochodzi do przeniesienia autorskich praw majątkowych do dzieła osadzonego w NFT – dochodzi do zmiany właściciela samego tokenu. Może się zdarzyć, że zakup NFT będzie obejmował również przekazanie tych praw, jednak nie jest to obowiązującym standardem. W takim wypadku potrzebne jest sporządzenie odpowiedniej umowy, poprzez którą autor przenosi autorskie prawa majątkowe na nabywcę tokenu.

Problemy z NFC i dziełami sztuki

Innym problemem jest tworzenie tokenów NFT z dzieł stworzonych przez innych artystów i podawanie się za ich autorów. Stanowi to jawne naruszenie praw autorskich. Kopiowane są nie tylko dzieła współczesnych artystów, którzy mogą ubiegać się o usunięcie tokenu powiązanego z ich dziełem, ale też historyczne dzieła sztuki będące częścią domeny publicznej. Jeden z użytkowników zwany ‘Global Art Museum’ stworzył kolekcję NFT opartą o dzieła sztuki z największych muzeów na świecie takich jak Rijksmuseum w Amsterdamie czy Brimingham Colections. Nasuwa się pytanie, czy tworzenie NFT ze znanych dzieł sztuki należących do muzeów jest naruszeniem prawa? Jeśli utwory weszły do domeny publicznej tj. minęło 70 lat od śmierci ich twórców to nie dochodzi do naruszenia praw. Jednak czy takie działanie jest etyczne i czy powinno być dalej akceptowane? Debata trwa dalej, ale póki co nie ma jeszcze wielu odpowiedzi.

Potencjał i przyszłość NFT

Mimo tych problemów trzeba przyznać, iż NFT ma duży potencjał, aby umożliwić obrót cyfrowymi przedmiotami i sztuką. Jednakże, aby w pełni go wykorzystać potrzebne mogą okazać się, w przyszłości, regulacje ustawowe. Póki co, wydaje się, że prawne nieścisłości nie zniechęcają osób inwestujących w NFT. Pod koniec 2020 r. cały rynek NFT był szacowany na ponad 250 milionów dolarów i ukazał wzrost o 299% w porównaniu z rokiem 2019. Bez wątpienia w niedalekiej przyszłości możemy spodziewać się pierwszych spraw sądowych dotyczących naruszenia praw autorskich czy praw konsumenta w związku z NFT oraz wyroków rozstrzygających zupełnie nowe kwestie prawne. Do tego czasu pozostaje nam obserwowanie czy trend wzrostowy na rynku NFT się utrzyma i czy NFT wpłynie na postrzeganie praw własności intelektualnej w Internecie.

Autorka artykułu: Hanna Falkiewicz
Redakcja artykułu: Michał Czerwiński

prawa autorskie

O tym dlaczego warto zadbać o prawa autorskie na przykładzie sporu producenta Helleny z twórcą grafik do etykiet napojów

23 kwietnia 2021

Pomimo, że w ostatnich latach nastąpił wzrost świadomości dotyczącej istnienia i zasad prawa autorskiego, to nadal nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jakie działania mogą naruszyć prawa twórców. Być może wynika to z niezrozumienia czym są utwory i jakie prawa są z nimi związane. Albo z niewiedzy o konieczności nabycia praw autorskich do utworów. To z kolei prowadzi do sytuacji, w których kwestie związane prawami autorskimi są zupełnie pomijane lub normowane jedynie powierzchownie.

Nierzadko umowy z twórcami ograniczają się do zawarcia umowy o dzieło, a zamawiający są przekonani, że skoro zapłacili twórcy wynagrodzenie z tego tytułu, to „kupili” prawa do utworu i mogą nim swobodnie dysponować. Nic bardziej mylnego.

O tym jak ważna jest prawidłowa konstrukcja umów dotyczących praw autorskich boleśnie przekonał się właściciel marki Hellena.

Tło sporu producenta Helleny z twórcą grafik

Już w 2019 r. media pisały o przegranym procesie o korzystanie z charakterystycznych etykiet napojów Hellena.[1][2] Proces rozpoczął się pozwem twórcy ich szaty graficznej, zaprojektowanej jeszcze w latach 90. XX wieku. Twórca był przekonany, że modyfikacja etykiet napojów z odwołaniem się do ich pierwowzoru była bezprawna i stanowiła naruszenie zarówno praw autorskich, jak i praw zależnych. Z argumentacją twórcy zgodził się Sąd Okręgowy w Łodzi, zasądzając na jego rzecz kwotę 43 tysięcy złotych. Jak się wówczas okazało, kupując upadłą spółkę, nowy producent nie zadbał o prawidłową regulację praw autorskich.[3]

Sąd Apelacyjny w Łodzi oddalił apelację właściciela marki Hellena

Właściciel marki Hellena nie zgodził się z wyrokiem Sądu Okręgowego w Łodzi twierdząc, że wyrok jest krzywdzący i narusza podstawowe zasady prawa autorskiego, jak i zasadę pewności obrotu gospodarczego w przypadku nabywania przedsiębiorstwa od syndyka masy upadłości.[4]

Właścicielowi marki Hellena nie udało się jednak przekonać Sądu Apelacyjnego w Łodzi, aby umowa ramowa z twórcą grafik stanowiła jednocześnie przeniesienie praw autorskich, ewentualnie udzielenie nieograniczonej w czasie licencji, ani by nabywając przedsiębiorstwo w dobrej wierze, przejął je wraz ze wszystkimi prawami. Chybiony okazał się również zarzut, że wynagrodzenie wypłacone twórcy za zaprojektowanie grafik oznaczało automatycznie udzielenie licencji do korzystania z tych grafik przez czas nieoznaczony. Sąd Apelacyjny w Łodzi oddalił apelację właściciela marki Hellena, a tym samym wyrok Sądu Okręgowego w Łodzi stał się prawomocny.[5]

Skutki naruszenia praw autorskich

Konsekwencje braku prawidłowych unormowań mogą okazać się dotkliwe – od konieczności zapłaty odszkodowań do zablokowania możliwości korzystania z produktów strategicznych dla danego przedsiębiorstwa. Prawo autorskie przewiduje szereg roszczeń dla twórców, a sądy stojąc na straży tych praw, nie zgadzają się z argumentami pozwanych odnośnie domniemanego przeniesienia praw czy udzielenia licencji.  

Jak uniknąć zarzutu naruszenia praw autorskich?

Kluczową kwestią jest zrozumienie, czym są utwory w rozumieniu prawa autorskiego oraz świadomość, że co do zasady, wszelkie prawa do tych utworów przysługują twórcy. Jeśli mamy do czynienia z wytworem, który stanowi przejaw działalności twórczej, cechuje się indywidualnym charakterem, a ponadto został utrwalony w jakiejkolwiek postaci, to z dużym prawdopodobieństwem jest to utwór chroniony prawami autorskimi. Legalne korzystanie z takiego utworu, w tym korzystanie z jego przeróbek lub opracowań, wymaga nabycia praw autorskich albo co najmniej ich licencji. Co ważne: przeniesienie praw autorskich nie może odbyć się w sposób dorozumiany. Wymagana jest w tym zakresie umowa w formie pisemnej pod rygorem nieważności. Licencja zaś daje jedynie czasowe prawo do korzystania z utworu (maksymalnie może to być 5 lat). Warto o tym pamiętać. Nie tylko zamawiając projekty kreatywne o kluczowym dla przedsiębiorstwa znaczeniu.

Autorami wpisu są: Aneta Pankowska i Aleksandra Staniaszek


[1]https://kalisz.naszemiasto.pl/colian-przegrywa-proces-o-etykiety-bedzie-apelacja/ar/c1-7377972

[2]https://www.wiadomoscihandlowe.pl/artykul/colian-bezprawnie-przerobil-etykiety-helleny-graficzka-wygrala-proces

[3]https://www.money.pl/gospodarka/producent-napojow-hellena-przegral-proces-musi-zaplacic-za-korzystanie-z-etykiet-6430415399827585a.html

[4]https://faktykaliskie.pl/wiadomosci/spoleczne/producent-napojow-hellena-przegral-proces-ma-zaplacic-za-bezprawne-korzystanie-z-etykiet,4514.html

[5]https://serwisy.gazetaprawna.pl/prawo-autorskie/artykuly/8146517,oranzada-hellena-prawa-autorskie-etykiety-colian-licencja.html

prawa autorskie własność przemysłowa znaki towarowe

Znak towarowy nie dla Banksy’ego

18 lutego 2021

W dniu 14.09.2020 r. Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) wydał decyzję, w której stwierdził, że dzieło sztuki Banksy’ego nie jest znakiem towarowym w rozumieniu przepisów Rozporządzenia nr 2017/1001 w sprawie znaku towarowego Unii Europejskiej i unieważnił znak powołując się na złą wiarę zgłaszającego.

Przedmiotem postępowania była jedna z bardziej znanych prac artysty – „The Flower Thrower”, którą w 2014 roku zarejestrował jako Znak Towarowy Unii Europejskiej (ZTUE). Ściślej mówiąc, rejestrację uzyskała związana z Banksym agencja Pest Control zajmująca się ochroną jego dzieł i praw. Banksy nie może sam działać w tym zakresie, bowiem wymagałoby to wyzbycia się przez artystę anonimowości, która jest nieodłącznym elementem jego wizerunku. W 2014 r. Pest Control uzyskała rejestrację graficznego znaku towarowego jako ZTUE w odniesieniu do towarów i usług z klas 2, 9, 16, 18, 19, 24, 25, 27, 28, 41 i 42.

The Flower Thrower

W 2019 r. firma Full Color wystąpiła do Urzędu o unieważnienie znaku towarowego z powodu złej wiary zgłaszającego. Jej zdaniem, właściciel nigdy nie używał oznaczenia jako znaku towarowego, a sam Banksy powielał to oznaczenie jedynie jako dzieło sztuki. Znak został zarejestrowany bez innego zamiaru niż jego zmonopolizowanie i obejście zasad prawa autorskiego. Kolejno Full Color podniosła, że Pest Control zapewne starałby się również wykorzystać rejestrację w EUIPO jako podstawę do uzyskania rejestracji znaku towarowego w USA.

W wydanej decyzji Urząd stwierdził, że znak towarowy narusza art. 59(1)(b) Rozporządzenia – czyli został zgłoszony w złej wierze. Urząd, powołując się na ugruntowany już dorobek orzeczniczy podkreślił, że:

  • zła wiara występuje, gdy nastąpi pewne działanie właściciela znaku towarowego, które wyraźnie odzwierciedla nieuczciwy zamiar oraz kiedy istnieje obiektywna norma, według której można zmierzyć stopień takiego działania, a następnie zakwalifikować je jako złą wiarę (tak w opinii w sprawie Lindt Goldhase (C‑529/07) z 2009 r. przedstawionej przez Rzecznika Generalnego Eleanor Sharpston);
  • zła wiara występuje, gdy właściciel znaku towarowego nie miał zamiaru używać znaku towarowego lub uczciwie konkurować. Działał raczej z zamiarem podważenia interesów osób trzecich, w sposób niezgodny z uczciwymi praktykami lub z zamiarem uzyskania (…) wyłącznego prawa do celów innych niż objęte tymi funkcjami znaku towarowego, w szczególności podstawową funkcję wskazywania pochodzenia (tak w sprawie Koton (C-104/18 P).

Urząd zwrócił także uwagę na problem braku wykazania rzeczywistego używania znaku towarowego. Banksy próbował ratować sprawę i w 2019 r. tj. już po wszczęciu postępowania o unieważnienie, uruchomił sklep stacjonarny o nazwie „Gross Domestic Product” (pol. „Produkt Krajowy Brutto”). Sklep służył jedynie za wystawę, a produkty można było zakupić on-line. Urząd, biorąc także pod uwagę publiczne wypowiedzi przedstawiciela Banksy’ego, z których wprost wynikało m.in. że otwarcie sklepu nie ma na celu pozyskania części rynku poprzez sprzedaż produktów oznaczonych znakiem towarowym, a jedynie wypełnienie wymogu rzeczywistego używania stawianego znakom towarowym. Banksy sam stwierdził w jednym z wywiadów: „Czasem idziesz do pracy i nie wiesz co namalować, a ja przez ostatnie miesiące robiłem wiele rzeczy jedynie w celu wypełnienia przesłanek znaku towarowego pod prawem UE…to kiepska muza” (tłumaczenie własne z angielskiego).”

Zdaniem EUIPO takie zachowanie wskazuje, że właściciel Znaku Towarowego Unii Europejskiej nigdy nie miał zamiaru używać zakwestionowanego ZTUE jako rzeczywistego znaku towarowego w odniesieniu do odpowiednich towarów i usług – co przemawiało za stwierdzeniem złej wiary i unieważnieniem prawa z rejestracji.

Komentarz

Zatem EUIPO za złą wiarę zgłaszającego uznał sytuację, w której zgłaszający dąży do wykorzystania prawa znaków towarowych w celu niejako zastąpienia ochrony wynikającej z prawa autorskiego (Banksy nie może przecież dochodzić roszczeń z praw autorskich jako osoba anonimowa). Złą wiarą jest także działanie w celu wydłużenia działania prawa autorskiego na czas nieoznaczony – prawa autorskie są bowiem czasowo ograniczone, a prawo do znaku towarowego może być, za opłatą, przedłużane de facto w nieskończoność.

Ciekawe i istotne jest także to, na co zresztą wskazał także EUIPO – że dla ustalenia istnienia praw autorskich nie ma znaczenia stosunek jaki wyraża do nich twórca. Pomimo, że Banksy stwierdził swego czasu, w swoim słynnym już zdaniu: Prawa autorskie są dla przegranych., to jego dzieła są objęte tymi prawami.

Na koniec pozostaje jeszcze jedno pytanie – czy to koniec kłopotów Banksy’ego z unijnym prawem własności intelektualnej? Patrząc na omówioną decyzję, jak i utrzymujące się stanowiska w orzecznictwie, zapewne nie. W obecnym stanie prawnym tak długo, jak Banksy pozostaje anonimowy, nie będzie mógł dochodzić swoich praw autorskich wprost, a próba ich ochrony poprzez zgłaszanie znaków towarowych – jeśli nie będzie wykorzystywał zarejestrowanego prawa zgodnie z jego przeznaczeniem tj. dla oznaczania towarów i usług – nie będzie skuteczna.

Autor wpisu: Jan Kaniewski
Redakcja wpisu: Michał Czerwiński

Autor wpisu: Jan Kaniewski
Redakcja wpisu: Michał Czerwiński

prawa autorskie

Krótkie wyrażenia słowne mogą podlegać ochronie autorskiej

21 stycznia 2021

Jeden z najbardziej znanych polskich utworów – „Remedium”, wykonywany przez Marylę Rodowicz, powszechnie znany z pierwszych słów refrenu „wsiąść do pociągu byle jakiego” stał się powodem batalii sądowej.

Przewoźnik kolejowy PKP Intercity użył fragmentu słów tego utworu, bez zgody autorki – Magdy Czapińskiej. W swojej kampanii reklamowej posłużył się hasłem: „Wsiądź do pociągu byle jakiego albo…do mojego”[1].

Rozstrzygnięcie sprawy

Sąd Apelacyjny w Warszawie rozpoznający sprawę w II instancji stwierdził, zmieniając wyrok Sądu I instancji, iż pozwana spółka dopuściła się naruszenia praw autorskich autorki tekstu – prawa do integralności utworu i prawa do nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.

Tekst do Remedium stanowi utwór w rozumieniu prawa autorskiego, co nie budzi wątpliwości. Spór toczył się jednak wokół jednej frazy piosenki, co jest już kwestią bardziej problematyczną. Sąd rozważył kwestię, czy kilka słów, które zostały użyte przez PKP Intercity może stanowić przedmiot ochrony na gruncie prawa autorskiego.

Jak podkreślił Sąd Apelacyjny „same słowa, jako takie” nie są chronione prawem autorskim, natomiast w momencie kiedy stanowią one centralny punkt utworu, nadając całej piosence oryginalny, odmienny, nietuzinkowy charakter mogą podlegać ochronie.

Sąd wskazał w uzasadnieniu, iż użyta przez pozwaną spółkę zmodyfikowana na potrzeby kampanii reklamowej fraza stanowi „bezpośrednie i oczywiste dla każdego odbiorcy nawiązanie” do utworu „Remedium”. Zdaniem Sądu działanie miało wywołać u odbiorców „pozytywne skojarzenia i wspomnienia” związane z piosenką. W kampanii reklamowej wykorzystano przekształcony wycinek „Remedium”, który jest najpopularniejszym oraz najbardziej rozpoznawalny fragmentem utworu. Zdaniem Sądu nie może też być mowy o dopuszczalnej prawem autorskim inspiracji utworem.

Kolejno Sąd stwierdził, że PKP Intercity dokonało parafrazy fragmentu utworu Powódki i zmieniło jego sens – „W haśle reklamowym nie chodzi o byle jaki pociąg, a o pociąg obsługiwany przez pozwanego przedsiębiorcę. W ten sposób dokonana parafraza utworu powódki, polegająca na modyfikacji i rozwinięciu jego tekstu, zmieniła jego pierwotne znaczenie w kierunku zakładanym w kampanii reklamowej pozwanego.”. Zatem doszło do stworzenia utworu zależnego do utworu pierwotnego. Rozporządzenie nim – wykorzystanie jako hasła reklamowego – stanowiło naruszenie autorskich praw majątkowych i osobistych Powódki.

Warto również zaznaczyć, iż strona pozwana podawała w swej argumentacji, że ze względu na pokaźną rozpoznawalność wycinka refrenu, wszedł on do domeny publicznej, a co za tym idzie nie podlega ochronie prawnej (Czym jest domena publiczna?). Sąd nie podzielił stanowiska pozwanej spółki. Nie można uznać, że ze względu na dużą popularność fraza została oderwana od utworu i weszła do mowy potocznej.

Analogiczna sprawa

Z analogiczną sprawą mierzył się Trybunał Sprawiedliwości UE. W przytoczonym przez Sąd wyroku z dnia 16.07.2009 r. (C-5/08) TSUE stwierdził: „niektóre z oderwanych zdań czy też nawet niektóre części zdań zawartych w danym tekście są w stanie oddać oryginalność publikacji takiej jak artykuł prasowy, ukazując czytelnikowi element artykułu, który sam w sobie stanowi wyraz własnej twórczości intelektualnej jego autora. Takie zdania lub ich części mogą zatem być przedmiotem ochrony(…)”[2]

Wynika z tego, że posłużenie się nawet krótkim fragmentem tekstu może doprowadzić do naruszenia praw autorskich.


Autorem niniejszego wpisu jest Weronika Zagawa – praktykantka w RKKW; wpis przygotowano pod redakcją Michała Czerwińskiego – młodszy prawnik w RKKW i mec. Anety Pankowskiej – partner w RKKW.


[1] Tak brzmiało hasło reklamowe według doniesień: www.wyborcza.pl i www.legalnakultura.pl.

[2] Wyrok Trybunału Sprawiedliwości z dnia 16 lipca 2009 r. w sprawie o sygn. akt C-5/08.

prawa autorskie

Czy nowa produkcja Netflixa – „Enola Holmes” narusza prawa autorskie?

14 grudnia 2020

Spadkobiercy autora Sherlocka Holmes’a występują na drogę sądową

„Enola Holmes” to produkcja filmowa Netflixa, która we wrześniu 2020 r. została udostępniona na platformie streamingowej. Tytuł słusznie kojarzy się ze słynnym detektywem Sherlockiem Holmes’em, bowiem Enola ukazana jest jako jego młodsza siostra. Film powstał na podstawie sagi autorstwa Nancy Springer, która opisując przygody Enoli nawiązuje do cyklu powieści Arthura Conana Doyle’a.  

Arthur Conan Doyle napisał cztery powieści i 56 opowiadań z postacią Sherlocka Holmes’a w latach 1887-1927. W Stanach Zjednoczonych każdy utwór opublikowany przed rokiem 1978 objęty był ochroną praw autorskich przez 95 lat od momentu powstania. W związku z tym wszelkie prace literackie stworzone przez Conana Doyle’a przed 1925 r. wchodzą w skład tzw. domeny publicznej i jako takie mogą być wykorzystywane bez pozwolenia. Jednakże kilka opowiadań z „Księgi przypadków Sherlocka Holmesa” (w innym przekładzie „Spraw Sherlocka Holmesa”) nadal podlega prawnej ochronie.

Conan Doyle Estate Ltd. (spółka utworzona przez spadkobierców Arthura Conana Doyle’a) w czerwcu br. wniosła pozew przeciwko Nancy Springer, Netflixowi i innym podmiotom zaangażowanym w produkcję „Enola Holmes”.

Czy cechy charakteru postaci mogą być objęte prawami autorskimi?

Postać Sherlocka Holmes’a jest znana nie tylko ze swojej ogromnej dbałości o szczegóły i umiejętności rozwiązywania zagadek, lecz także z przypisywanego mu określenia „mózgu bez serca”. Tak było przynajmniej do czasów wybuchu I wojny światowej, kiedy to Conan Doyle stracił najstarszego syna i brata, a postać gruboskórnego Sherlocka stała się empatyczna, życzliwa i po prostu bardziej ludzka.

Spadkobiercy Conana Doyle’a twierdzą, że ukazanie procesu tworzenia relacji Sherlocka z siostrą, a tym samym przedstawienie detektywa jako osoby ciepłej, zdolnej do przyjaźni, potrafiącej wyrażać emocje oraz szanującej i doceniającej kobiety, narusza przysługujące im prawa autorskie. Argumentując swoje racje, podnoszą, że prawa autorskie do „złożonej” postaci, jaką jest Sherlock, pozostają pod ochroną, dopóki późniejsze historie, w których ukazano zmianę jego osobowości nie zostaną włączone do domeny publicznej.

Pozwani twierdzą natomiast, że zmiana osobowości Sherlocka jest zbyt ogólna, a  ponadto była zauważalna w utworach, które są już częścią domeny publicznej. Zdaniem pozwanych, postać Sherlocka ukazana w „Enola Holmes” nie posiada atrybutów o charakterze unikatowym czy charakterystycznym, a prawa autorskie chronią „sprecyzowane wyrazy idei”, a nie sam pomysł.

Podsumowując, sąd powinien rozstrzygnąć:

  • czy „nadbudowując” charakter postaci tworzymy ją niejako na nowo i czy podlega ona wówczas ochronie jako podmiot odrębny od postaci pierwotnej;
  • czy ogólnikowe cechy charakteru postaci literackiej, takie jak ciepło, zdolność do przyjaźni, empatyczność czy szacunek są chronione przez prawa autorskie;
  • czy doszło także do naruszenia znaku towarowego poprzez użycie nazwiska Holmes’a w tytule „Enola Holmes” i wprowadzenie odbiorców w błąd, że film dotyczy dzieł Doyle’a.

Co ciekawe, już kilka lat temu, w sprawie (Klinger v. Conan Doyle Estate, Ltd) gdzie także postać Sherlocka była osią sporu, amerykański sąd orzekł, że prawo autorskie przyznaje ochronę rozbudowanej postaci jako oddzielnemu utworowi, jeżeli przejawia nowe, oryginalne cechy, których pierwotna postać nie posiadała, a które ją wyraźnie zmieniają („przyrostowe elementy oryginalności postaci”). W takim przypadku dla uzyskania ochrony należy udowodnić wyraziste odchylenia od publicznie dostępnych lub innych istniejących utworów, tak aby można było łatwo odróżnić nowe dzieło od jego poprzedników.